Nie taki diabeł straszny – czyli jak oswoić swoje lęki.


image
foto: http://pixabay.com

 

„Strach można po­konać. Jed­nak trze­ba zna­leźć taką siłę, która poz­wo­li sta­wić mu czoła.”

 

Autor nieznany

Mówią: strach ma wielkie oczy i dużo w tym racji.
Okazuje się bowiem, że większość naszych leków siedzi w naszej głowie, gdzie urastają do rangi mega problemów. Tam też dochodzi do procesu tworzenia różnych scenariuszy, typu: nie dam rady, nie poradzę sobie z tym, inni zrobią to lepiej ode mnie, mam za mało wiedzy i doświadczenia.

Uwielbiamy zamęczać siebie negatywnymi myślami, umniejszać sobie i zastanawiać się, co by było gdyby… Niestety wraz z tym procesem nasze poczucie wartości zamiast wzrastać i dawać nam siłę do działania, maleje – wraz z każdym krytycznym słowem rośnie przepaść między tym, co możliwe i realne do spełnienia, a naszym ego.

Przełamać ten zaklęty krąg nie jest łatwo, lecz jest to możliwe.

Zanim jednak zaczniemy działać, trzeba poznać wroga, by nazwać rzeczy po imieniu. Dzięki temu odkryjemy, co tak naprawdę powstrzymuje nas przed działaniem i skąd bierze się opór w nas. Proces ten pozwoli nam przypomnieć sobie to, o czym dawno zapomnieliśmy, powrócą do nas stare i być może wymazane wspomnienia dzieciństwa, w których czegoś lub kogoś się przestraszyliśmy i dzięki którym spojrzymy na nasz strach z nowej perspektywy.

Kiedy już zobaczymy, co za tym stoi możemy w końcu się z tym zmierzyć.

Jednym ze sposobów jest metoda małych kroków, dzięki której stopniowo zaczniemy wychodzić ze swojej strefy komfortu, by oswajać swoje lęki. Jest ona o tyle korzystna, gdyż dzięki stopniowym, małym zmianom w dłuższej perspektywie zobaczymy duże efekty. Jednym słowem mierz siły na zamiary.

Inny – bardziej drastyczny sposób, to stanąć twarzą w twarz z „wrogiem” – czyli chwycić byka za rogi i stanąć z nim do walki, np. lęk wysokości przełamać skokiem na bungee lub lęk przed ciemnością zwalczyć wybraniem się nocą do lasu. Czasami okazuje się, że w sytuacji bezpośredniego zagrożenia jesteśmy w stanie stawić czoła każdemu wyzwaniu, gdyż zaczyna działać nasz instynkt samozachowawczy.

Jak już jedna i druga opcja nie zadziała, to czasami warto po prostu sobie odpuścić, gdyż widocznie nie ten czas i nie to miejsce. Gotowość do działania musi iść w parze, wraz z chęcią do stawienia czoła własnym strachom.

Osobiście preferuję metodę małych kroków – czyli na moich warunkach i w dogodnym dla mnie czasie – takim, jaki sama przed sobą ustalę.

Tak naprawdę, to ile ludzi, tyle sposobów na walkę ze strachem.

Może macie swój własny sposób na walkę z własnymi demonami, którym chcecie się podzielić?

 

pozdrawiam

Małgosia